niedziela, 21 czerwca 2009

MTB Trophy 2009 by MK






Udało się!!!
ta myśl błysnęła mi w głowie gdy kręcąc przez las usłyszałem stłumiony głos spikera w niedzielne popołudnie (po cichu liczyłem, że będzie grała Fragma :D no ale mniejsza o nią...). Udało się przebrnąć całe MTB Trophy. Z tą myślą wpadłem na metę, przez chwilę nie czując grama zmęczenia by po chwili uzmysłowić sobie co wszyscy ludzie mieli na myśli mówiąc o tej imprezie, że jest kultowa, najcięższa, epicka, dla najwytrwalszych... Trzeba było poczuć na własnych wnętrznościach te cztery dni, spędzić ponad 26 godzin na siodełku (tudzież nad i obok niego – dpa musi czasem odpocząć), pokonać grubo ponad 10 kilometrów w pionie, przelać przez siebie kilkanaście litrów wody z "chemią" (płukanie organizmu gratis :D) ale wszystko zrekompensowała czarna koszulka z napisem 'finisher', bardziej wartościowa niż niejeden puchar i medal (których się jeszcze nie dorobiłem :P).
A zaczęło się niewinnie zimą 2008 roku - razem z Krzyśkiem po zakończeniu sezonu, postanowiliśmy spróbować sił w jakiejś etapówce - padło na MTB Trophy, choć wtedy nie bardzo wiedziałem czego się mogę spodziewać. Po drodze Krzychu niestety musiał zrezygnować ze startu, ja natomiast spokojnie zacząłem sezon rowerowy nie za bardzo przejmując się zbliżającym się 11 czerwca. Bo i nie było czym - urlop zaklepany, liczyło sie na dobrą pogodę, forma rosła w zastraszającym tempie (no dobra, może trochę pojechałem z tym zastraszaniem ;D), jechało się jedno giga po drugim, człowiek generalnie sądził, że to będą takie cztery maratony tylko pod rząd, jeden po drugim. I teoretycznie tak było... W praktyce nie było tak różowo, na dodatek wszystko sie pokomplikowało po maratonie w Szczawnicy. 30 maja dostałem ostro po d**ie, o czym można poczytać we wcześniejszych relacjach, doszło nawet do tego, że postanowiłem sprzedać pakiet startowy lub z niego zrezygnować, ale jakoś kolejki chętnych się nie ustawiały (za co dziś sobie dziękuję)… Co było robić - po skończonej w środę dniówce zacząłem wariackie pakowanie by w czwartek rano razem z Wojtkiem i Grzechem pocisnąć do Istebnej.
No i sie zaczęło, o 12tej w południe na stadionie w Istebnej padło 'ziroł, goł', by potem już tylko kilometry mijały jeden za drugim, raz szybciej a raz wolniej, taka dygresja - nie mam zamiaru opisywać ze szczegółami kolejnych kilometrów tras kolejnych etapów, bo i nie ma sensu pisać gdzie korzeń jest na kamieniu, a gdzie kamień na korzeniu :) jak ktoś chce niech pakuje mandżur, wgrywa tracka i ciśnie w trasę. Bardziej skupię się na osobistych wrażeniach, ciekawostkach, otoczce itp...
Stage 1: czas zwycięzcy: 2:33:00, mój czas: 4:23:06, strata:1:50:06, w końcu o czas tutaj sie najbardziej rozchodzi więc podaję garść najważniejszych faktów, od Artura mamy dokładne zestawienie pozostałych parametrów - dzięki Artur :) można sobie z załącznika poczytać, całkiem ciekawa lektura dla statystyka :)
Zakwaterowanie w gimnazjum to jak sie okazało był strzał w 10kę pod wieloma względami:
- kontakt z innymi zawodnikami – absolutna rewelacja, wiadomo, na początku każdy sobie, ale już po pierwszym dniu wieczorami odchodziły dyskusje na bikerskie tematy i nie tylko :D, a po za tym człowiek sie sporo ciekawostek dowiaduje, można poobserwować przygotowania przed i po etapie, metody regeneracji itp., widzi się jak się kadra startujących wykrusza – oj odpadali goście, którzy naprawdę mieli co pokazać, dawało to do myślenia; gdyby się jeszcze wracało z etapów o normalnych godzinach to byłoby super… no ale to już jest do poprawki na następny rok.
- wszystko na miejscu - spanie, jedzenie, przechowalnia roweru, masaże, organizatorzy, Czesi, - w zasięgu ręki,
- spanie na podłogach - twarde panele naprawdę dobrze robią po całodziennym rypaniu, po za tym szybko idzie sie oduczyć chrapania - terapia butami spd od współmieszkańców pokoju :D później można zmylać znajomym że te sińce na głowie to po otb na etapie X :P
- jedzenie, które stało na prawdziwie wysokim poziomie, trzeba było uważać co by nie przekroczyć pojemności - ja sam lekko przesadziłem po trzecim etapie, na szczęście sponsorowane piwo pomogło w trawieniu
- to akurat nie tyczy sie gimnazjum ale całego trophy - DARMOWE PIVO po każdym etapie, Grzegorz Golonko sie postarał i załatwił dla każdego najlepszy na świecie napój energetyczny – jakby nie to pivo i Maxim to byłoby g****, nie trophy :)
Sama trasa stejdżu pierwszego przyjemna, w sam raz na rozjazd, z pięknymi widokami, dobrymi drogami i w ogóle och i ach :) machnąłem ją sobie w spokojnym tempie, jedynie na zjeździe z długiego bufetu trochę sie pofolgowało - bo i było gdzie, zjazd do Cieńkowa żółtym szlakiem to sam miód :) Jednym słowem: etap lajcik generalnie.
Stage 2: czas zwycięzcy: 5:23:33 (ogrom), mój czas: 9:16:13 (pogrom), strata: 3:52:40, byli tacy co pod 13 godzin podchodzili ale marna to dla mnie pociecha, tylko czekać jak zaczną powstawać legendy jak to GG tak skrócił etap, że go przybyło w pionie i poziomie. To jest chyba taki specyficzny marketing orga, że dzień wcześniej trąbi się wszem i wobec że etap zostanie skrócony, rano widzi sie na mapie, że rzeczywiście jest mniej o całe 8 km (zawsze coś - wszyscy się cieszyli), a potem jak człowiek patrzy błędnym wzrokiem na garmina na mecie to z niemałym trudem docierają wartości rzędu 100 km długości i około 3700 m przewyższeń... teorie spiskowe krążyły różne – że Golonko za mało sobie nadrukował 'finisherów', że w Gimnazjum kończy się jedzenie i trzeba sie trochę ludzi pozbyć, że sie wszyscy na scenę nie zmieszczą na zakończenie. Na pocieszenie wieczorem spiker ogłosił: "że dziś było ciężko (ale odkrycie) ale jutro wcale nie będzie lżej" - wszystkim sie lżej na sercu zrobiło :)
Podsumowując: etap morderca pod każdym względem - długości, przewyższeń, możliwości zabicia się na zjazdach, szczególnie dwa były bardzo 'słodkie' - zjazd kamienistą 'rynną' do Hradkova na drugi bufet oraz mistrzowski zjazd z Javorovego na trzeci bufet - zaciśnięte nerwy i palce na klamkach, przytopione tarcze bądź obręcze, gdzie wyrobić się na nawrotach czasami nie szło i co po niektórzy (lider pierwszego etapu - złamana kiera) pojechali prosto na dół :D Resztę w miarę dobrze sie jechało i dawało z buta, ale dobre to było na pojedynczy maraton, tak w porównaniu do pierwszego etapu – toż to był szok!!! Ludzie padali z rowerów jak muchy.
Stage 3: czas zwycięzcy:4:17:31, mój czas: 8:08:03 (1 lać chwycony pod koniec), strata: 3:50:32, na początku pogoda zniechęcała bardziej niż zmęczenie po wczorajszej 'setce', bynajmniej nie wody ognistej... na szczęście marzenia się spełniają także na trophy i przed podjazdem pod Grand Raczę zaczęło przyświecać słonko. Ale najlepsze się dopiero zaczęło - podjazd pod Raczę poszedł z korby - ciężko bo nachylenie konkretne, ale się jechało po równej twardej ziemi, za to potem załamka - parę kilometrów z buta ciasną ścieżynką, po korzeniach, między kamieniami, w masakrycznym błocie, które lepiło się znakomicie do wszystkiego - po całym etapie rower utył ze dwa kilo... takiego błocka ze świecą szukać w całej RP – momentami się koło nie mieściło między widelcem… dalsze komentarze zbędne…
Etap wqrwiający mnie: najpierw mnie wq... pogoda, 1,5 godziny kapało mżawką, przechodzącą w deszczyk, potem odcinek z W.Raczy do Rycerzowej, to był prawdziwy trekking trophy z żelastwem przy boku, następnie zablokowany Amor jak już się zaczął zjazd – dobrze, że mi się silentblocki w stawach nie wybiły, następnie poszła dętka w piz** tuż przed metą, następnie pchanie do mety, następnie Golonko na mecie :D, no i trzeba sobie było jeszcze wymienić lacia i wrócić do Istebnej… na pivo :D Niemniej podobały mi się kartki określające dystans do mety: 300m, 200, 100m
Stage 4: czas zwycięzcy: 2:53:46, mój czas: 5:10:37 (1 lać złapany na początku, zaraz po zjeździe ze Stożka - a było się wcześniej śmiać z Frączka jak zmieniała dętkę ;P), strata: 2:16:50, tak w ogóle to mało brakło a wszyscy by poszli trasę, a ja zostałbym z rozebranym rowerem pod gimnazjum - godzina 9:30, a amor w kawałkach, z zaklinowaną w jednym z goleni stopką do przykręcania goleni górnych, ajjj była nerwówka jak nigdy.
Etap wyścigowy – fajne szybkie trasy, akuratny dystans, fajna pogoda, mało błota – słowem baaardzo przyjemna końcówka; ja już się w zasadzie po drodze regenerowałem – im bliżej było do mety i większa była świadomość, że uda się ukończyć tę masakrę tym lepiej się czułem fizycznie i psychicznie :) a na ścieżce dydaktycznej to już jakaś wewnętrzna siła niosła mnie do mety :)
Potem już tylko odebrało się koszulkę, wypiło kilka litrów piva, ucieszyło oko dekoracją (wreszcie człowiek zdążył :D) zrobiło wspólną fotę i pognało do domu. Dziś trzeba zacząć zbierać kasę, szykować formę i sprzęt na następne Trophy – jak już Grzegorz napisał na stronie: 3go czerwca 2010 w południe startujemy, by po czterech dniach znowu wyglądać jak na załączonym zdjęciu… org powinien ostrzegać, że to wciąga i uzależnia lepiej niż mariuana… ja juz zaczynam być na głodzie :D i druga sprawa na koniec - teraz już mało rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć na trasie maratonu. To była ciężka szkoła mtb…

3 komentarze:

  1. ostatnio zerknąłem sobie na wyniki, przy okazji rejestracji do edycji 2010 :D i gwoli uzupełnienia podaję że Trophy 09 ukończyło 313cie zawodników i zawodniczek. Z początkowej puli 445 osobników odpadły 132 osoby (czyli 29.7%).
    Dla porównania z edycji 08 odpadło 35% uczestników...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyżby to świadczyło o tym, że ogólny poziom kolarstwa górskiego u nas rośnie? Chyba tak, bo nie sądzę, że trasa była łatwiejsza. No może tylko tyle, że w poprzednim roku pogoda podobno była... bardzo wymagająca, deszcz i błoto :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. pozostaje czekać (w sensie: przygotowywać się:) i porównać z wynikami z przyszłego roku :)
    Trasa w tym roku była z pewnością trudniejsza - w 2008 czas zwycięzcy to 13:49:59, w tym roku najlepszy pokonał Trophy w 15:12:59. Aczkolwiek pogoda w 2008 na pewno przyczyniła się do większej 'selekcji' - wystarczy popytać Grzesia, ja się w Szczawnicy dość nasłuchałem :D

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.