środa, 14 kwietnia 2010

Dolsk - Wielkopolskie rowerowanie

Wydarzenie: Powerade Suzuki MTB Marathon
Miejsce: Dolsk, 10.04.2010
Występują: Krzysztof Major, numer przedni 4402 oraz Gymnasion MTB Team

Jest zimny, raczej pochmurny i wypełniony smutkiem po wypadku w Smoleńsku, dzień 10 kwietnia 2010. Po raz pierwszy od niemalże roku stoję na starcie maratonu, na dystansie MEGA. Start przesunięty o ok. 10min. Niedaleko stoi głośnik, z którego bardzo, ALE TO BARDZO WYRAŹNIE słyszę jak spiker rozmawia z Mają, a niedługo potem ogłasza START!

Obok kolega z teamu – Marcin, którego jednak widzę dosłownie przez kilkadziesiąt sekund, potem znika gdzieś z przodu w tłumie kolarzy. Osobiście powoli się rozpędzam, uważając na częste wypadki przy starcie, zwłaszcza przy dosyć dużej ilości uczestników (Mega: ok. 600 zgłoszonych uczestników). Popijając dosyć często mijam kolejnych zawodników, a także sam jestem wyprzedzany przez innych.

Trasa obfituje zarówno w dosyć płaski, piaszczysty teren, jak i długie powierzchnie asfaltu, na których zaczynają się rodem Tour de Pologne spore prędkości, zmiany, ucieczki i tym podobne. Po jakimś czasie zauważam barwy naszego teamu – oto nasza dzielna i waleczna szefowa! Nie jest to łatwe, ale wyprzedzam – pozdrawiając zdyszanym ‘hej’

Na szosie łapie się grupki dosyć szybko mknących ludzików, w tym dziewczęcia z napisem ‘Altacet’ na … pośladkach, dosyć motywujące, choć to nazwa jakiegoś środka na stawy. Z grupką tą jadę jakiś czas, wyprzedzając innych, w tym wspomniane dziewczę, które nie pozostaje mi dłużne i tak co jakiś czas widzę ją z przodu, trochę z tyłu.
Znowu szosa, postanawiam uciec do szybszej grupki, którą widzę przede mną, ale niestety - w pewnym momencie wjeżdżamy prosto pod czarne chmury, wiatr i deszcz dają o sobie znać dostaję gradem w twarz, zostając sam na dłuuugim odcinku szosy… Grupka z przodu nie daje się dogonić, a grupka z tyłu mnie goni… Znowu teren, pogoda nieco lepsza, grad nie bije po twarzy, ale deszczyk kapie- ścigamy się dalej.

Na jednym z odcinków szosy, ku mojemu zdumieniu, zauważam barwy teamowe!
Tak, tak to Marcin! Dostając kopa doganiam i wyprzedzam kolegę, ale jakiś czas jedziemy w tej samej grupce. Zaczyna się teren, Marcin wysuwa się na czołówkę, a ja zaczynam tracić siły. Za późno połknięty żel i mała częstotliwość picia daje się we znaki. Skutkuje to tym, iż Marcin zamienia się w znikający punkt. No, ale trzeba cisnąć, albo 'rypać', jak to mówi Wojtek.

Nie odzyskawszy mocy ponownie widzę barwy teamowe – to Artur, wyprzedzający mnie w lesie z prędkością światła! Gonię, ale siły nie wracają tak szybko. Po drodze mijam Teresę z naszego teamu, która ciśnie na GIGA – zuch dziewczyna, respekt.
Na około 5km przed metą ponownie ostry wiatr i grad zmniejszają nadzwyczaj skutecznie prędkość jazdy…

W rezultacie na mecie ląduje ok. 5 min. za chłopakami- to duża strata na takim ‘szybkim’ maratonie. Zaraz po mnie wpada Aga. Generalnie jestem zadowolony, bo to mój pierwszy start na dystansie MEGA po ponad rocznej przerwie. Kaisera nie doszedłem, ale jest OK. ;)

Dzień zostaje zakończony spotkaniem teamowym przy niemalże okrągłym stole i kominku, gdzie w miłej atmosferze dyskutujemy dopiero co przejechany maratonik. A kolejny w Karpaczu, zaczynają się górki i pagórki.
THE END.

2 komentarze:

  1. Kolejna relacja z maratonu :) fajnie!
    Myślę, że jak na roczną przerwę to miałeś bardzo dobry start. Dobrze, że już wróciłeś do nas :)
    Ale chciałam zapytać czemu w twojej opowieści występuję jako "Narwy naszego teamu"? Co to Narwy? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za zwrócenie uwagi -> 'Narwy' to chochlik drukarski, zdecydowanie miało być barwy :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.