poniedziałek, 3 maja 2010

MTBM Karpacz 2010, czyli bliski kontakt z asfaltem...

Pierwsze góry za nami, 1go Maja odbył się długo oczekiwany maraton w Karpaczu, Czekałem tym bardziej, że z jednej strony twórcy trasy od dłuższego czasu na MTBforum skutecznie budowali atmosferę karmiąc zawodników kolejnymi nowościami na temat zupełnie odmiennego charakteru rozpoczęcia sezonu mtb, a z drugiej strony nowy full ciągle nie jeździł po górach, w terenie nizinnym również mało co :) Team zameldował się prawie w komplecie (nie było naszej mistrzyni z giga) i obsadził wszystkie dystanse. Gratulacje dla Agnieszki za czwarte miejsce w K3 mega i ładne zapunktowanie dla Teamu. Panowie, kaski z głów :) Reszta chłopców sprawnie uporała się z maratonem w przeciwieństwie do mnie, ale o tym za chwilę :)

Od początku tego sezonu począwszy od wstania z łóżka do startu towarzyszy mi niezła nerwówka i nie inaczej było teraz - jakoś w zeszłym roku giga mniej mnie stresowało... może z czasem minie... anyway jak już się człowiek zwlókł z wyrka o 7ej (pozdro dla siostry i GrGr:D i ogarnął jako tako, przyszła pora na małą rozgrzewkę, która pomogła przy najmniej stłumić nerwówkę i zajęcie miejsca w drugim sektorze (a co, pochwalę się, bo teraz już nie mam czym:) Sam maraton jechało mi się do d***, na pierwszym podjeździe szybko straciłem Grześka z oczu, płuca zaczęły nie wyrabiać z dostawami tlenu, nogi jakieś takie ospałe, dopiero jak zaczęły się pierwsze zjazdy uśmiech zagościł na mej twarzy - teraz to się jedzie! Nie ma takiego kamola którego bym nie połknął! Choć na jednym prawie bym rozbił pedała i zmienił swój azymut :) Artur twierdzi że z perspektywy nieźle to wyglądało :D Na ok. 10ym km zachciało mi się żela - i to był błąd; mimo, że miejsce odpowiednie (i do tego sprawdzone) - lekki zjazd po łuku na asfalcie między domkami, a więc na zdrowie - jeden łyk, drugi i nagle kiera w poprzek, zejście do parteru, rower wskakuje na mnie, a ja hamuję łokciem i kolanem (broń boże nowym kaskiem;) Zebrałem się dość szybko, oszacowałem ubytki na ciele, żadna kość nie wystaję, więc można kręcić dalej, do pierwszego podjazdu... chcę zrzucać na średni blat a tu lipa - manetka blokuje przerzutkę między średnim a dużym blatem i jest po zawodach. Zajmuję miejsce przed szlabanem i zaczynam serwis - linka ani drgnie, manetka i klamka wywinięta do góry, a wokoło sypią się k***y na zamknięty szlaban :D Po chwilowej konsternacji czy się wycofywać zrezygnowałem z tej opcji - za dużo się naczytałem o czekających mnie zjazdach, bym miał sobie tę frajdę odpuścić. Tyle tylko, że prawie całkowita rozbiórka manetki i ponowne nawlekanie linki kosztowały mnie ogrom czasu i kilka śrubek, których odtąd mrówki będą używać. Żeby nie było za miło to nadal nie działało zrzucanie - dopiero po następnych 15km znalazłem odpowiednią technikę włączania młynka. Pozostała część maratonu to męka na podjazdach, skupienie na zjazdach i ciągłe wyprzedzanie. Za to po każdym zjeździe byłem uchachany jak dziecko i w duchu cieszyłem się że jadę dalej :)

Nowego fulla Pronghorna cały czas poznaję. Cały czas trwa lekkie dostrajanie pozycji siodła, ciśnień w amorach i innych dostępnych pokręteł. Nie było za dużo okazji pojeździć w wymagającym terenie, w Karpaczu widłoróg pokazał swoje mocne strony. Na 'papierze' miał zapewniać większy komfort dla ciała na zjazdach, lepszą kontrolę nad trasą, system A.L.P.S. miał zapobiegać utracie energii na podjazdach, a jak to wygląda w praniu? Tak naprawdę sprzęt idzie z góry jak na dobrego fulla przystało, czyli jak burza, po przesiadce z hardtaila zjeżdża mi się o niebo lepiej, szybciej i pewniej; wystarczy z grubsza obrać kierunek jazdy i zap..., rower zadba o resztę :) Oj trzeba będzie uważać co by nie przesadzić. PR ma mniejszą ramę, kąty typowe dla XC, więc reaguje ostrzej i jest bardziej zwrotny (w porównaniu do starego, który trochę 'wyjeżdżał' na zewnątrz). Ta zwrotność jest na plus, bo prowadzi się bardzo pewnie. Za to na podjazdach - jest blokada... w zasadzie zbędna (w terenie absolutnie zbędna, na asfaltowych podjazdach ewentualnie można usztywnić - o ile jest asfalt jak stół). A.L.P.S. to nie marketingowy pic - to działa. Na początku trochę mnie karbonowy osprzęt niepokoił swoją 'pracą' ale widać ten materiał tak ma. Po za tym same superlatywy - sztywność boczna rewelacyjna, praca kół, hamulców, waga roweru.

Tyle by było na razie nt. widłoroga; moje odczucia po maratonie - brawa i ukłony dla układających trasę, dzięki wam Karpacz pokazał inne oblicze, techniczne oblicze :D do tego odcinki ładnie oczyszczone (duży plus) i ładnie oznakowane. A z gleby się wyciągnie wnioski na przyszłość... czyli za niecałe dwa tygodnie...

EDIT: nie było fotografa, więc dołączam własną wizję mojej gleby, tak by to chyba z perspektywy wyglądało :D




5 komentarzy:

  1. świetna relacja :)
    obraz mrówek niosących na plecach twoje śrubki - przemawiający do wyobraźni :)
    zachęcasz do tego swojego Pronghorna, oj zachęcasz...
    ja już bardzo poważnie zaczynam myśleć o fullu, bo na takich trasach jeżeli chcę walczyć o podium to raczej na sztywniaczku nie mam się co wygłupiać

    OdpowiedzUsuń
  2. Spoko mistrzu, w złotym stoku będzie lepiej, nerwówki nie będzie, wszystko już zaplanowane, jak wiesz spisz ze mna i GG więc, piatek o 22 spańko, płuca dotlenione bo śpimy przy otwartym oknie, o 6.30 pobudka, sniadanko, lekka rozgrzewka i rura, coby na popołudniowe recovery zjechać przed switem (to ja, Wy na 15 na mecie). Sama relacja super, oby nastepna bez akcentów "asfaltowych" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ejże! sam to rysowałeś?! nieźle :) Michał z Myślenic jak żywy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. zauważcie że rower jest bardziej dopracowany niż postać marcina:D hmmm... ale aż czuje ten ból...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.