Zacznę może od przemyśleń które nasuwają mi się teraz, po drugiej, niespokojnie przespanej nocy po kolejnym maratonie u Grzegorza Golonki, którego hasłem na sobotę było: 'całego błota ze sobą nie zabierzesz':
- vastus medialis w obu nogach boli mnie jak s***winsyn - mam nadzieję, ze 25 km jazdy na skurczach w/w. mięśni nie odbije się 25cio dniowym bólem...;
- ad. powyższy punkt - dziś kupuję kilo potasu i magnezu i się faszeruję...;
- powinni zmienić nazwę tej mieściny na Błoty Stok tudziez Błotny Stok lub Z-błota Stok - w całym swoim maratonowym dorobku nie byłem tak zabłocony jak w sobotę;
- ciuchy dalej się moczą, a woda dalej jest brązowa;
- rowery powinni pokrywać teflonem, żeby 'nie przywierało' - na oko miałem na rowerze więcej błota niż wlewam maxima do camelbaka (wagowo) :D
- ad. powyższy punkt - ubrania też...;
- z opłatą na Szczawnicę czekam aż przestanie padać i wyjrzy słońce;
- 3ci sektor dalej oglądam zza tasiemki, ale jest bliżej o kilka pkt.;
A teraz mogę cofnąć się w czasie do soboty żeby przypomnieć i zobaczyć... BŁOTO!!! W ilościach niewyobrażalnych, w każdej możliwej postaci. Na prawdę, po ZS można pokusić się o naukowe poklasyfikowanie rodzajów błota. Trzeba zebrać ekipę naukowców... Mieliśmy więc tak z grubsza biorąc:
* błoto poszarpane, takie lekko suchawe, ziemiste, spotykane na bardziej technicznych i nachylonych odcinkach zjazdowych, skutecznie ukrywające korzenie i kamienie przed oczami zawodników,
* kałuże błotne, o różnej powierzchni i zawsze nieznanej pojemności oraz ukształtowaniu dna,
* kisiel błotny, taka rzadka breja, spływająca leniwie z podjazdów o niewielkim nachyleniu,
* strumyki błotne zajmujące całą szerokość podjazdu lub zjazdu i dbające o właściwy prysznic dla jadących,
* błoto pamiątkowe, spotykane często, pozwalające na pozostawienie odcisku swojej opony w pełnej krasie 'na pamiątkę',
* błoto zagadkowe - nigdy nie wiesz gdzie Cię poprowadzi mimo Twoich usilnych starań kierownicą i ciałem.
Sama trasa praktycznie identyczna jak w zeszłym roku, na pewno bardziej mokra..., dwie spotkane kartki '5km' oznaczały nic innego jak dodany 'na szybko' odcinek XC jako taki 'extras' na koniec. Moja jazda składała się z kilku kolejnych stadiów: równa, mocna jazda; skurcze na czwórkach oraz przeklinanie na czym świat stoi (dwie ostatnie fazy ładnie się ze sobą zazębiały). Uszczegóławiając wyglądało to tak: jak sobie wystartowałem, starałem się trzymać równe, mocne tempo pod Jawornik, troszkę ludzików wyprzedziłem na początku, aby znaleźć swoją stawkę po ok 5km, potem się co najwyżej wymienialiśmy miejscami, aż dotarliśmy do sławetnego singla. Jeden rzut oka na podłoże i kąt nachylenia poskutkował szybką kalkulacją ryzyka i równie szybkim biegiem w dół, nawet kilku ludzi wyprzedziłem; potem bez stresu jakaś mała góreczka się napatoczyła i dalej, do kolejnego zjazdu rynną pełną kamieni i konarów wszelkiego kalibru. Tutaj czołówka giga doszła poprosiła o drogę i poszła w dal, ja bardziej mozolnie dotarłem do pierwszego bufetu, ale przynajmniej była okazja trochę podpatrzeć technikę 'mistrzów' - wskakiwanie i zeskakiwanie z rowerka maja opanowane do perfekcji. Potem znowu do lasu gdzie byłaby przyjemna jazda szutrostradami gdyby nie... BŁOTO. Zjazd po kamienistej dróżce wywołał jeden z nielicznych uśmiechów na twarzy - full rulez, once again :) Bufet zamajaczył po raz drugi, potem checkpoint na łące i się zaczęło... Skurcze part.I... Ta łąka to była mordęga - jak się rozmasowałem to jazda po kilku minutach kamień twardnie w mięśniu coraz bardziej, więc zeskakuję, idę, kamień dalej rośnie, aż nie jestem w stanie iść ani jechać, rozmasowuję, puściło, wskakuję i jadę bo trochę się wypłaszczyło. W lesie przed Borówkową znowu z mięśnia się robi skamielina, powtarzam procedurę i staram się toczyć dalej na szczyt. W końcu docieram na 'top' i zaczyna się zabawa. Umęczony jestem strasznie, ale nie ma czasu na marudzenie - naiwnie liczę, że na zjeździe nogi odpoczną. W zeszłym roku zjazd z Borówkowej bardzo mi przypadł do gustu - w tym roku jechało się jeszcze lepiej - tylko trzy razy zeskakiwałem z rowera na przysłowiowy moment. Mnie po prostu te korzenie tam pasują, może jestem z nimi jakoś zżyty albo cuś... Podobało mi sie strasznie i już, a na pewno w tym podobaniu spora zasługa widłoroga :). Na następnym bufecie był pomarańcz zagryziony grejpfrutem. Oczywiście ledwie zaczął się podjazd, zaczęły się skurcze part.III, rozmasowywanie, podchodzenie, przeklinanie. Gdy wbiłem się na szybsze odcinki ostro mnie podqr**ł prysznic spod kół przy większych prędkościach. Nastąpił nagły skok adrenaliny i ochota na ściganie jakiegoś gościa na leśnych 'szutrówkach błotnych', połączona z przeklinaniem trasy, maratonu, błota, pogody, skurczy... Do czasu wyprzedzenia - potem jakbym złapał snjeka - powietrze zeszło i wróciło normalne umęczone tempo jazdy. Początek pętli XC wywołał kolejną falę skurczy i przekleństw wszelkiej maści. Zjazd do mety to błogosławieństwo dla każdego maratończyka... ufff... 3:58:09. Było ostro. Błoto mam wszędzie. Mała rozjazdówka. Sukcesywnie wpada na metę reszta teamu. Jemy makaron i znikamy w hotelu się umyć.
Mycie trwa długo i jest mozolne jak sam maraton - boję się o przepustowość odpływu. Błoto znajduję u siebie w miejscach w których zupełnie bym się go nie spodziewał. W stanie wizualnie lepszym wracamy na miejsce imprezy - Aga umęczona ale prawie na podium. Faceci tylko umęczeni. Nasz gigowiec stoi do Karchera, reszta idzie pod scenę w nadziei na x-boxa lub przynajmniej słoik lokalnego miodu. Grubo po 19tej wszyscy w końcu jesteśmy w dobrym stanie wizualnym idziemy coś zjeść i wychylić co nieco. Wychyliliśmy bardzo małe co nieco, a Szczawnica była tematem drażliwym...
pozdrower dla wszystkich ubłoconych
PS: nie wiem czy będzie rysunek, bo mi się kredki ubłociły :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.