środa, 18 sierpnia 2010

MTBM Krynica Zdrój 2010, czyli kabel sieciowy został odłączony...

Siedząc sobie w bieszczadzkiej głuszy, pokuszę się napisać trochę o ostatnim maratonie. Emocje po wyścigowe opadły, organizm wrócił do równowagi biochemicznej, na rower znów patrzę przychylnym okiem. Proces odnowy organizmu przebiega w Bieszczadach błyskawicznie, tu z każdej strony las, a jak nie las to połonina :), pustki na szlakach, czyste powietrze, strumyki szemrzą, świerszcze cykają jak kaseta w Pronghornie ;) ... spokój i radość ducha gwarantowane.

A gdzieś tam w odległej Polsce trwa sezon... sezon na wyrypę i z każdym maratonem wyrypa jest coraz większa. U GG nie ma taryfy ulgowej i dobrze! Podoba mi się kolarstwo górskie jakie serwuje nam Grzegorz. Inna sprawa, że stopień trudności naszych maratonów rośnie o niebo szybciej niż moja forma. W Głuszycy myśleliśmy i czytaliśmy, że było najciężej... do czasu, aż przejechaliśmy Krynicę. Wielu już mówi że TO był najcięższy maraton sezonu i ja się w 100u % zgadzam. Złożenie się pogody (dość ciepło i duszno) specyfiki terenu (takiego błota nigdzie chyba nie znajdziecie) specyfiki trasy (o tym później) i jakiegoś fatum na mega w moim przypadku... a że maraton najcięższy to i fatum najbardziej nieprzyjemne jak dotąd. Tym razem sprzęt szedł jak burza, opony gryzły błoto rewelacyjnie - Geaxy Argo na każdym fragmencie pięknie dawały radę; a najsłabszym ogniwem okazał się zawodnik...

Start w Krynicy bez sektora to udręka, chwilka szaleństwa na asfalcie w dół, potem w prawo, ostro w górę i koniec jazdy, robi się korek. Ten odcinek nadaje się do wyj*****a - przydał by się fragment na rozciągnięcie stawki. Z dalszym fragmentem na przełęcz Krzyżową zrobiłbym to samo - niby równo, niby da się jechać, a błota w pizdu. W efekcie napęd zarżnięty na początku maratonu. Potem robi się normalnie - czyli dłuuugi podjazd na Jaworzynę... rowerem cięższym od błotnych nawisów i piszczącym o litość łańcuchem. Następnym razem biorę podręcznego karchera i bidon oleju do łańcucha. Zejście nowym fragmentem było naprawdę pro - wyglądało to jak zaorana nartostrada. Tam mnie pierwszy raz pociągnęło w błoto. Na dole czekało bagienko, a za bagienkiem bufet, na którym trzeba było się trochę ogarnąć - mycie łańcucha, chłodzenie kasku, wrzut do pieca i jazda dalej przez lasy i góry. Noga podawała więc się cisło ile pary starczyło. Wielkie dzięki dla Grzegorza za podratowanie napędu w Słotwinach - od razu lżej się kręciło bo z łańcucha opiłki się sypały.


Powolna agonia z kulminacyjnym pierd********* na ostatnim podejściem pod Parkową dopadła przed Huzarami, na które jeszcze jako tako dało się podjechać. Ale już wtedy organizm zaczął się rozsypywać. Najpierw wysiadła chłodnica - przestałem się pocić. Częstotliwość oddechu znacznie przekroczyła dopuszczalne normy. Pić mogłem, o jedzeniu czegokolwiek zapomnij. Jazda tak pod górę jak i po równym stawała się udręką. Młynek prawie non stop i jedna cyfra na liczniku jak zaczarowana. Co stromsze wzniesienia trzeba z buta. Wreszcie zaczęło się podejście pod Parkową. Tam prąd odcięło na dobre... Tempo marszu było na granicy działanie licznika - jakieś 2kmh. Z przystankami co 15-20m. Kilka razy musiałem przysiąść, położyć się, zawisnąć na widłorogu; ruszyć palcem się nie dało, płuca chciało rozerwać... W końcu udało się osiągnąć szczyt - zaczął się lekki zjazd, wsiadam na rower i lecę na grunt. Zbieram się, kilka głębszych, próbuję się skupić, wsiadam i w końcu jadę.

Zaczyna się zjazd z Parkowej. Widownia już czeka przygotowana, ludzie z aparatami, ratownicy, nosze... Pierwszy odcinek prosty i bardzo stromy po trawie. Gość mnie dobrze kieruje na prawą ja jednak się zatrzymuję i zaliczam kontrolowany upadek na bok. Obok mnie sunie gość jak na sankach - trochę bokiem, trochę przodem ale się trzyma nad rowerem. Myślę sobie - nie ma co chały odstawiać, trzeba lecieć. Wsiadam znowu i zaczynam zasuwać z dupskiem za siodełkiem. Zawija mną co zakręt ale się nie daję - krzyczę do schodzących o trochę miejsca, wybieram korzeń po korzeniu, jakaś iskierka frajdy zaczyna się tlić... udaje się zjazd jednym ciągiem i docieram na kołach aż za ostatnie schodki. Jest ukochana meta, kilka pomarańczy na bufecie i jestem w stanie tylko paść na chodnik i wywalić nogi na balon. Leżę chyba ze 40minut, a w środku się kotłuje. W końcu się uspokaja, można się iść myć i pić. I odpoczywać. Dziś można już tylko wspominać przy piwie kolejnego zaliczonego hardcora...


1 komentarz:

  1. Ja nie wiedziałam o tych 40 minutach... ojojoj...coś tam się poważnie podziało z twoim organizmem.
    Teraz byle do Rabki, bo Kraków to chyba takim żabim skokiem zaliczymy :)))

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.